__________________________________________________________________________________________________________________________
Tekst, fotografie oraz opracowanie - Marek Bytom
Trekking dookoła Dhaulagiri 8167 m
W krainie Białej Góry
I wtedy ją zobaczyłem. Po prostu nie do opisania, górę potężną
i niewypowiedzianie piękną - Dhaulagiri
Kurt Diemberger
8. Baza włoska (3650 m n.p.m.) - baza szwajcarska (3730 m n.p.m.)
Dopiero po południu wyruszamy w dalszą drogę. Dziś przed nami tylko trzy godziny marszu do kolejnego miejsca biwakowego. Etap
krótki, ale wymagający szczególnej uwagi. Zaraz po opuszczeniu bazy czeka nas wymagające i bardzo nieprzyjemne zejście na
lodowiec. Dobrze , że mamy linę i podstawowy sprzęt by założyć poręczówkę. Komin, który musimy pokonac , ma ze dwadzieścia
metrów. Po osypujących się piargach i kamieniach wszyscy docieramy do podstawy lodowca. Pokonujemy strome moreny i w końcu
naszym oczom ukazuje się cel dzisiejszej wędrówki - mały kamienny szałas. Jest to ostatnie miejsce na trasie, gdzie można kupić
coś do jedzenia. Nie zastanawiając się długo, po rozbiciu namiotów rozkoszujemy się pysznym dal-batem. Gdy tylko słońce zachodzi
za szczytami, chowamy się do namiotów. Robi się coraz zimniej.
9. Baza szwajcarska (3730 m n.p.m.) - baza japońska (4200 m n.p.m.)
Wstajemy dosyć wcześnie. Choć dziś też mamy tylko parę godzin marszu przed sobą, to etap jest bardzo niebezpieczny. Szlak do
kolejnego miejsca biwakowego wije się w bardzo wąskim kanionie. Z otaczających go ścian grożą nam lawiny kamieni oraz lodu
Dlatego etap ten chcemy pokonać zanim słońce przyświeci na okoliczne szczyty. Udaje się nam to i w pierwszych promieniach
dochodzimy do naszego dzisiejszego celu bazy japońskiej. Rozbijamy namioty, a podczas przygotowywania posiłku obserwujemy
małe lawiny, które schodzą z otaczających bazę szczytów.
10. Baza japońska (4200 m n.p.m.) - baza Dhaulagiri (4750 m n.p.m.)
Dalsza droga biegnie w górę lodowca. Co chwilę spod zwałów piargu ukazuje się nam szklisty lód. Klucząc wśród szczelin, po
pięciu godzinach marszu, dochodzimy do miejsca, gdzie wyprawy zazwyczaj zakładają bazę przed atakiem na Dhaulagiri. W głębi
doliny ukazuje się nam szczyt Tukuche z charakterystycznymi fałdami skalnymi. Nad całą bazą dominuje potężna sylwetka 3,5 -
kilometrowej ściany ośmiotysięcznika, której najbardziej charakterystyczną formacją jest ogromne urwisko zwane Eiger. Sama baza
nas trochę odstraszyła. Wszędzie pełno pozostałości po wiosennych wyprawach, do tego unosi się nieprzyjemny zapach bazowej
toalety. Nie zostało nam nic innego jak pójść dalej i poszukać innego, przyjemniejszego obozowiska. Znaleźliśmy odpowiednie
miejsce po następnej godzinie marszu.
11. Baza Dhaulagiri (4750 m n.p.m.) - Przełęcz Francuzów (5360 m n.p.m.) - Hidden Valley (5100 m n.p.m.)
Pobudka o szóstej rano. Szybkie pakowanie namiotów i całego dobytku. Jest przeraźliwie zimno. Tego dnia każdy swoim tempem
podąża w kierunku najwyższego punktu na trasie - Przełęczy Francuzów. Z miejsca obozowiska droga wiedzie łatwym lodowcem
bez szczelin. Pierwsze promienie słońca dopadają nas dopiero po czterech godzinach marszu. Droga do przełęczy dłuży się
niesamowicie. Po pokonaniu stromych piargów i długiej moreny ukazuje się nam duże wypłaszczenie. Na jego końcu znajduje się
cel naszej wędrówki - Przełęcz Francuzów (5360 m n.p.m.). W ciągu pół godziny meldują się tu wszyscy uczestnicy trekkingu. Robimy
pamiątkowe zdjęcie, odwiedzamy czorten ku pamięci naszego wielkiego himalaisty młodego pokolenia, Piotra Morawskiego, który
zginął niespełna pół roku wcześniej, podczas próby zdobycia Dhaulagiri. Gdy zaczyna mocno wiać schodzimy w dół w kierunku
nieznanej doliny. Na ogromnym wypłaszczeniu rozbijamy namioty. Szybkie gotowanie posiłku i każdy wskakuje do swojego śpiwora
Jest bardzo zimno.

12. Hidden Valey (5100 m n.p.m.) - Dapa Col (5244 m n.p.m.) - Yak Kharka (4100 m n.p.m.)
Poranek równie mroźny, jak i cała noc. Z namiotu kolegów dobiegają krzyki, u nich w nocy w środku było minus dwadzieścia pięć
stopni. Moja herbata, przygotowana poprzedniego wieczoru , zamieniła się w bryłę lodu. Nawet z termosu wylewa się tylko zimna
ciecz, ale w końcu jesteśmy w wysokich górach. Śniadanie jakoś za bardzo też nie wchodzi. Udało się zjeść trochę zupy zagryzanej
kabanosem. Czas zacząć pakowanie zlodowaciałego namiotu i reszty sprzętu, by wyruszyć w dalszą drogę. Przed nami kolejna
przełęcz do pokonania. Osiągamy ją bardzo szybko, bo już po dwóch godzinach możemy podziwiać roztaczające się z niej piękne
widoki na całą grupę Annapurny. Po krótkim odpoczynku na przełęczy Dhampus schodzimy w dół. Droga ciągnie się w nieskończoność
Zamiast wytracać wysokość, ciągle trawersujemy kolejne zbocza. Zajmuje nam to dużo czasu. Po drodze nie ma żadnego dogodnego
miejsca biwakowego z wodą. W ciemnościach dochodzimy do obozowiska Yak Kharaka.
13. Yak Kharka (4100 m n.p.m.) - Marpha (2670 m n.p.m.)
Śpimy do oporu, wychodzimy z namiotów, kiedy słońce dobrze już ogrzewa ich ścianki. Po wczorajszej, długiej trasie należało nam
się trochę odpoczynku. Bardzo leniwie zjadamy śniadanie. Na deser ktoś z ekipy wyszukał w plecaku puszkę szynki krakowskiej
Smakowała wyśmienicie. Leniwie pakujemy cały nasz dobytek i schodzimy, do widocznej gdzieś w dole , wioski Marpha. Z miejsca
naszego biwaku podziwiać możemy przepiękną panoramę. Jak na dłoni widać krainę Mustang, przełęcz Thorong La i szczyty Nilgiri
Po trzech godzinach schodzenia jesteśmy w cywilizacji. Od razu swoje kroki kieruję do najbliższej lodży, gdzie podają zimne piwo
Ależ smakuje po takiej trasie ! Reszta grupy także rozkoszuje się tym szlachetnym trunkiem. Później oczywiście zajadamy się
specjałami miejscowej kuchni. Jako że wioska słynie z jabłkowych sadów, w naszym menu nie mogło zabraknąć momo z nadzieniem
jabłkowym oraz Aple Paia ciasta w rodzaju naszej szarlotki. Później już tylko wygodne łóżko w miejscowym schronisku i pierwsza
kąpiel po dwóch tygodniach. W Marpha zostajemy dwa dni, by trzeciego, małym samolotem wylecieć z Jomson do Pokhara. Taki
lot dostarcza wielu wrażeń. Z okien samolotu podziwiać możemy ogromną ścianę Dhaulagiri, Annapurnę oraz strzelisty Machhapuchhre
Po dwudziestu minutach lądujemy w skąpanej w słońcu Pokhara. Część grupy udaje się do Parku Narodowego Chitwan, ja natomiast
odpoczywam przed czekającym mnie kolejnym wyzwaniem - trekkingiem pod południową ścianę Lhotse.
Zapraszam do galerii zdjęć z wyprawy