Strona główna     O sobie samym     Relacje z wyjazdów     Galerie foto     Nowe projekty     Publikacje          
_______________________________________________________________________________________
 
__________________________________________________________________________________________________________________________      
                                                                                                                                                                                           Tekst,  fotografie oraz opracowanie  - Marek Bytom
Kaukaz - Elbrus 5642 m 
W krainie wiecznego wiatru ... 
Elbrus  zwany  Górą  Szczęścia  lub Władcą  Wichrów, jest wygasłym wulkanem, najwyższym  szczytem  Kaukazu - odwiecznym symbolem
całego  regionu. Góra  leży  na terenie Kabardyno - Bałkarii,  republiki  należącej  do Federacji  Rosyjskiej. Już  w  starożytności  Elbrus był 
znany  jako  najwyższy szczyt w tym paśmie i  całym regionie. Pokryty lodową  czapą osiąga wysokość 5642 m n.p.m.  Dwuwierzchołkowy
wygasły  stożek wulkaniczny  nie ma sobie równych  wysokością i rozmiarem w całym łańcuchu  Kaukazu, gór leżących na pograniczu Azji i
Europy, na styku  wielu kultur, narodów i religii.  Do dziś  jest  kwestią sporną, która  góra  jest najwyższa w Europie. Najwięksi  światowi
alpiniści  uważają, że  to właśnie  Elbrus  jest  najwyższy  i dlatego liczony jest on przy zdobywaniu  Korony Ziemi.  I dlatego  po zdobyciu
najwyższego  szczytu Alp - Mont Blanc , swoje kroki  skierowałem  w góry  Kaukazu -  aby  ostatecznie stanąć  na Dachu Europy.  
 
Jeszcze  parę lat temu, góry  te wydawały  się tak odległe i niedostępne - dziś stały  się dla mnie kolejnym  wyzwaniem. Pełen niepokojów
i  obaw , wraz   z  grupą  przyjaciół  18  czerwca  wyruszyliśmy ku nowej  przygodzie. Sześćdziesiąt  godzin  spędzonych w pociągu minęły
nam  dosyć  szybko. Trasę  Katowice - Lwów - Kijów - Mineralne Wody  pokonaliśmy bez większych przygód. Z  Mineralnych Wód wynajęta
taksówką , z  sympatycznym  kierowcą udaliśmy się  do  Nalczyka - stolicy republiki  kabardyjsko - bałkarskiej. Tam  w bazie wojskowej za
drobną  opłata udało  nam się załatwić przepustkę  i pozwolenia do poruszanie się  po górach. Potem jeszcze tylko 100 km i już  jesteśmy
w miejscowości Terskol. Nad  miasteczkiem  góruje  nasz  cel - Elbrus.  
Pogoda  w górach nie za dobra .... deszcz , śnieg  i mocny wiatr. I  tak  podobno  jest już od dwóch tygodni. Czyli może już być tylko lepiej
Pierwszy  nocleg na 3000 metrach - trochę  mokry, pada i sypie , jest zimno - a robi się coraz gorzej. Ale  trudno - pogody się  nie wybiera
Kolejny dzień  - podejście  do tzw. beczek - bazy  na  wysokości ok. 3800 m. Tam  można za  jedyne  25 zł  przenocować. My mamy  swoje
namioty - więc  po  dwóch godzinach  w huraganowym wietrze  udaje się nam je rozbić. Tu  szczególne  podziękowania dla firmy  Marabut
za  ich produkty - namioty spisały się  bardzo  dobrze. Noc  podobna  do poprzedniej - wiatr i przeraźliwe  zimno na zewnątrz. Ale rankiem
co za widok ... bezchmurne niebo ... wokół  same góry. Na  wprost  nasz główny cel - Elbrus.   
 
Przez  cały dzień pogoda utrzymuje się wspaniała. Dziś  mamy do  pokonania  300 m różnicy  poziomów - do  kolejnego obozu - Pirjuta 11
Za dwa, może  trzy dni  planujemy  atak  na szczyt. W  schronie spotykamy  grupę rodaków z  Polskiego  Klubu  Alpejskiego z  Tychów. Od
nich dowiadujemy się , że  kilku Kanadyjczyków  nie zdołało zejść  ze szczytu  podczas załamania pogody i gdzieś zaginęli... jak się potem
okazało  już nigdy  ich nie znaleziono.  Wieczorem  do  schronu  dochodzą  kolejne ekipy. Jedna grupa to przewodnicy z Skpg Kraków. Jaki
ten świat mały :) A  więc  historyczne   spotkanie dwóch  kół przewodnich w  tak wysokich górach. Od  tej chwili  postanowiliśmy  połączyć
nasze  wyprawy w  jedną  wielką : krakowsko - katowicką.  
 
Kolejny  dzień - aklimatyzacyjny. Wejście do  Skał  Pastuchowa na  4800 m - małej wysepki skalnej na olbrzymim lodowcu Elbrusa. Miejsce
to  nazwane  na cześć rosyjskiego  wspinacza , który kilkakrotnie  chciał  wejść  na wierzchołek , lecz  dochodził tylko  do skałek i dalej już
organizm  jego  nie był w stanie wejść wyżej. My  też odczuwamy  wpływ wysokości , w końcu jesteśmy prawie  na wysokości  Mont Blanc
Ale  pogoda nas za bardzo nie rozpieszcza , znów  wieje i nic nie widać. Na  dodatek zaczyna  sypać śnieg .. i tak przez najbliższe trzy dni
29 czerwca  pogoda  poprawia się , a więc  pakujemy sprzęt i prowiant , zegarek nastawiamy na 2 w nocy. Jutro  atak szczytowy. W nocy
ciągle  mocno wieje, śpię  niespokojnie ... budzę  się przed  wyznaczonym czasem. Sprawdzam pogodę na zewnątrz - bezchmurnie. Niebo
rozgwieżdżone, w dole  majaczące  chmurki ... niepokojący pozostaje tylko wiatr.  
 
Wychodzimy o 3. Do Skał  Pastuchowa  dochodzimy na wschód słońca. Tu  dopada  nas przeraźliwy i zimy wiatr - z  trudem utrzymując się
na  nogach robię parę zdjęć. Pięknie  prezentuje  się Uszba , Dongus - Orun i prawie  całe pasmo Kaukazu. Do szczytu mamy jeszcze tylko
800 metrów  różnicy  poziomów. Większość  ekip  rezygnuje  z  ataku szczytowego - wiatr  skutecznie  zniechęca  do  dalszego wspinania
Pomimo  dobrego ubioru  czuję  jak  moje ciało z  każda  chwilą staje  się wielką bryła lodu.  Ale cóż ... idziemy dalej. Na przełęczy  5416 m
rozdzielającej  dwa wierzcholki  Elbrusa  robimy  krótki odpoczynek. Przez  cały czas  wiatr w porywach  ponad 100 km/gdz i temperaturze
ok. - 10 st. Ostatnie  250 m  podejścia dłuży się w nieskończoność. Pogoda  z każdą   chwilą robi się coraz gorsza. Nic nie widać.  Bedąc w
kopule  szczytowej z  trudem odnajdujemy wierzchołek. A  więc  o żadnym widoku  ze szczytu  nie  możemy nawet pomarzyć. Nie możemy
nawet w takich  warunkach  zrobić  żadnego zdjęcia. Dla  nas zaczęła się  w tym momencie walka o życie. Najwięcej  wypadków i zaginięć
zdarza  się na Elbrusie podczas zejścia ze szczytu i podczas  załamania pogody... Schodząc  ze szczytu  trafiamy rosyjskiego przewodnika
wraz z dwójka  klientów. Wspólnymi  siłami  za   pomocą gps - u  Rosjanina, spięci  wszyscy  liną, w huraganowym  wietrze,  przy zerowej
widoczności  schodzimy w dół. Do  Pirjuta d ochodzimy wieczorem  trochę  poodmrażani i wyczerpani. 
 
Niezła  lekcję dał nam Elbrus. Kolejne  dni  kaukaskiego wyjazdu  upływały nam na zwiedzaniu ciepłych i zielonych dolin. Wraz z krakusami
odwiedziliśmy  doliny Iryku , Szeldy oraz Adil -Su. Wspólnie delektowaliśmy  się miejscowymi przysmakami i napojami....  
Może znowu kiedyś wspólnie wyruszymy na szlak ciekawej wędrówki  :)


Zapraszam do galerii zdjęć z wyjazdu